Bezpartyjni prezydenci chcą rewolucji w ordynacji wyborczej a sami chętnie zamieniliby swoje posady na poselskie diety.

Hanna Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, Paweł Adamowicz w Gdańsku i Hanna Zdanowska w Łodzi – to tylko niektórzy ze znanych prezydentów miast z Platformy Obywatelskiej. Swoich włodarzy ma też PiS (np. Dariusza Stefaniuka w Białej Podlaskiej), SLD (Krzysztofa Matyjaszczyka w Częstochowie) i PSL (Krzysztofa Kosińskiego w Ciechanowie). Oni wszyscy, gdyby chcieli walczyć o reelekcję w przyszłym roku, musieliby to robić pod innym szyldem niż partyjnym. Tak przewiduje nowelizacja kodeksu wyborczego, pod którą trwa zbiórka 100 tys. podpisów. Jej autorem jest Ruch Samorządowy Bezpartyjni, którego twarzą jest prezydent Szczecina Piotr Krzystek.

Projekt zakłada, że partie nie mogłyby wystawiać swoich kandydatów nie tylko w wyborach bezpośrednich na prezydentów i wójtów, ale także radnych gminnych i miejskich. Możliwe byłoby to tylko w wyborach do sejmików i rad powiatów.

– Im mniej partii jest w samorządzie, tym lepiej dla mieszkańców – mówi Łukasz Mejza, rzecznik Bezpartyjnych i radny lubelskiego sejmiku. – Oczywiście osoby, które mają legitymacje partyjne mogłyby startować, ale z komitetów wyborczych wyborców. Chcemy równych zasad, które teraz są zaburzone ze względu na preferencje, które przysługują partiom – dodaje.

Przewrót kopernikański

Bezpartyjni są zdania, że partie korzystają z finansowania budżetowego, dzięki czemu mają większe możliwości lokalowe i wypromowane za publiczne pieniądze znaki graficzne, a na dodatek ordynacja wyborcza preferuje je podczas losowania numerów list na szczeblu krajowym.

Zdaniem Mejzy, choć projekt teraz wygląda na  „przewrót kopernikański w życiu publicznym", to po zebraniu 100 tys. podpisów ma pewne szanse w Sejmie.

W jego uchwalenie nie wierzy jednak politolog dr hab. Rafał Chwedoruk. – Można się głęboko zastanawiać nad konstytucyjnością pomysłu zakazywania startu partiom w wyborach samorządowych.  Ma to posmak demagogii, bo nie ma demokracji bez partii. W Europie Zachodniej lokalne komitety pojawiają się dopiero na poziomie rad dzielnic – tłumaczy.

W jego przekonaniu Bezpartyjni zdają sobie sprawę z marnych szans na przyjęcie tego projektu, a głównym celem zbiórki podpisów jest reklama ruchu. Oprócz Krzystka tworzą go m.in. prezydenci Zielonej Góry Janusz Kubicki, Lubina Robert Raczyński, Ostrowa Wielkopolskiego Beata Klimek i były włodarz Poznania Ryszard Grobelny. Koniec trzymiesięcznego terminu na zbiórkę podpisów zbiega się kongresem Bezpartyjnych 23 września w Tarnowie Podgórnym w woj. wielkopolskim.

– Można się spodziewać, że przyszłe wybory samorządowe będą swoistym plebiscytu za rządem lub przeciw. Samorządowcy, którzy tworzą ten ruch szukają więc retoryki, którą pozwoli przebić się do świadomości społecznej. Jest jednak mało wiarygodna, bo Bezpartyjnych w dużej mierze tworzą ludzie, którzy doszli do władzy i sprawują ją dzięki partiom – mówi poseł PO ze Szczecina, Sławomir Nitras.

Za przykład podaje prezydenta swojego miasta, Piotra Krzystka, który po raz pierwszy został prezydentem z ramienia PO, a z czasem zacząć rządzić z cichym poparciem PiS.

Sławomir Nitras uważa, że samorządowcy, którzy przedstawiają się jako bezpartyjni przegrywali już wybory. Wymienia Ryszarda Grobelnego w Poznaniu i Konstantego Dombrowicza w Bydgoszczy. Przykładem nieudanych prób wejścia samorządowców do polityki ogólnopolskiej mogą być też struktury budowane przez prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza.

Nietrafione pomysły

W 2008 roku Dutkiewicz ogłosił powołanie Ruchu Obywatelskiego Polska XXI, którego głównym celem miały być wybory samorządowe dwa lata później. Po drodze  ten ruch przekształcił się w partię Polska Plus, która nie dotrwała do wyborów.

Wątpliwym sukcesem skończyła się też działalność innego tworu Dutkiewicza – Obywateli do Senatu. Z 46 kandydatów, popieranych w 2011 roku przez bezpartyjnych prezydentów miast, senatorem został tylko jeden – Jarosław Obremski z Wrocławia.

Może jednak bycie bezpartyjnym będzie lepiej odbierana przez wyborców teraz, po protestach przeciw zmianom w sądownictwie, które organizowały się spontanicznie, bez udziału polityków. Wątpi w to Rafał Chwedoruk. Zauważa, że Bezpartyjni niechętnie wypowiadają się na tematy światopoglądowe i przedstawiają się jako sprawni menedżerowie skupieni na gospodarce terenu, którym zarządzają. – Do końca nie wiadomo, co tych prezydentów miałoby łączyć – mówi politolog.

W sukces Bezpartyjnych wierzy za to Łukasz Mejza. – Wystawimy listy we wszystkich okręgach sejmikowych i będziemy poważną siłą przed wyborami parlamentarnymi. Samorządowcy każdego dnia rozwiązują tysiące problemów w swoich miejscowościach. Biją polityków sejmowych na głowę – przekonuje.